Relacja z wyprawy w Himalaje na Stok Kangri 6153 m n.p.m. ,czerwiec/lipiec 2017

Uczestnicy: mieszkańcy Orzysza - Andrzej Jarząbek i Marek Sier

Julley!!!

Stok Kangri Jest najwyższym szczytem w Himalajach Ladakhu w paśmie Stok, w północno-zachodnich Indiach. Szczyt znajduje się w Parku Narodowym Hemis, 24km od miasta Leh, które jest stolicą krainy Ladakh. Góra ta leży pomiędzy głównym grzbietem Himalajów i Karakorum. Podróż zaczynamy 26 czerwca 2017r. wylotem z Warszawy do Delhi z przesiadką w Katarze (Doha). Następnego dnia do stolicy Indii dolatujemy bez problemów, jak również nasze plecaki  docierają do celu bez zawieruszenia się. Po wysiadce z samolotu temperatura uderza pełną mocą – ok. 40 °C. Nie jest lekko. Tego samego dnia kupujemy bilety na samolot do Leh. Można jechać autobusem, ale to zajęłoby nam 2-3 dni. Wymieniamy walutę na rupie indyjskie (1 rupia to około 0,06 zł). Nocujemy w skromnym hoteliku, na szczęście klima działała i rano lecimy do Leh. W samolocie zaskoczenie, patrzymy, a tu na pokład wchodzi ze swoją świtą duchowy i polityczny przywódca narodu tybetańskiego Dalajlama. Do tej pory nie mogę sobie darować, że nie zrobiłem z nim zdjęcia. Po 1,5 godz. locie lądujemy w Leh, które leży na wysokości ok. 3500 m n.p.m.. Widoki są piękne, wszechobecne otaczające góry, świątynie buddyjskie, klasztory, rwące rzeki i mili ludzie.

Ze względu na dużą ilość świątyń buddyjskich Ladakh nazywany jest „Małym Tybetem”. Mamy wrażenie, że w ogóle nie jesteśmy w Indiach, tu dominującą religią jest buddyzm a nie hinduizm. Warunki w hostelu są bardzo dobre i obsługa również. Z tarasu mamy ładny widok na nasz cel – Stok Kangri. Przez kolejne 3 dni pogoda jest „butelkowa”, ale to dobrze, przynajmniej jest czas na aklimatyzację, co jest istotną sprawą. To jest 3500 m n.p.m. ! Tu czuć już lekką zadyszkę. Chorobę wysokościową można już odczuwać od wysokości 2500 m n.p.m.. Przez te dni zwiedzamy pałac w Leh, świątynie, kupujemy kartusze gazowe i wykupujemy permit, czyli pozwolenie wejścia na szczyt. Pozwolenie kosztuje 50 $ od osoby. (foto permit)Pieniądze przekazywane są na Indian Mountaineering Foundation.

(181)

Nareszcie pogoda się poprawia. Po zjedzeniu pysznego śniadanka o 7 rano jedziemy do miejscowości Stok. Po drodze przekraczamy rzekę Indus.(511) Po półgodzinnej jeździe zaczynamy nasz treking do Base Camp.(235) Nasze plecaki nie należały do lekkich, namiot, prowiant na 5 dni, wszystko co potrzebne w góry (waga ok. 25 kg). Ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, która towarzyszy nam bardzo długo, po drodze kilkakrotnie ją przekraczamy. Formacje skalne są piękne, niektóre wyglądają jak z innej planety.

         

Słońce mocno praży, jest bardzo gorąco, przez co dość ciężko się idzie. A droga jest prosta, lekko pod górkę czasami płasko. W stronę bazy podążają miejscowi Ladakhijczycy, którzy prowadzą karawanę koników, te mają na grzbiecie cały ekwipunek wypraw komercyjnych, a turyści idą sobie na lekko, z malutkim plecaczkiem i jest git. Po 4 godzinach marszu docieramy do Changmy – jest to mały górski bufecik, można coś zjeść, jest miejsce na rozbicie namiotów i jest piwo!

      

Robimy przerwę i pijemy po piwku, no w taki upał ciężko sobie odmówić. Ruszamy dalej, na trasie jest źródełko wody pitnej, gdzie niektórzy uzupełniają zapasy. W końcu Mankarmo, czyli nasz I obóz, wysokość około 4400 m n.p.m..

Mankarmo nazwałbym taką mini bazą przed bazą. Tu rozbijamy namiot, gotujemy wodę do naszych liofilizatów i jemy obiadokolację. Do wieczora podziwiamy piękne widoki na Himalaje i Karakorum. Pora spać. Ze wstawaniem się nie śpieszymy, ponieważ do Base Camp idzie się ok. 2-3 godziny. Po śniadaniu, oczywiście liofilizowanym idziemy spokojnie w stronę bazy. Tam rozbijamy namiot by następnego dnia atakować szczyt. Baza leży na wysokości ok. 5100 m n.p.m., i jest dobrze zaopatrzona, można zjeść, kupić słodycze, wodę butelkowaną i oczywiście piwko.

      

Większy problem z kupieniem piwa był w Leh w restauracjach. A tu masz – wysokość 5100 m, i browarek jest. Cena całkiem przystępna ok. 200 rupi. Oczywiście nie ma co przesadzać, jedno i dość, przecież w nocy ruszamy na szczyt. Świętować będziemy dopiero po sukcesie i bezpiecznym zejściu. Pogoda cały czas dopisuje, oby się nie pogorszyła. Po kolacji gotujemy wodę na herbatę i zalewamy nią nasze termosy. Idziemy wcześnie spać  bo o północy pobudka. Sen miałem słaby, wstaję bez budzika i budzę Marka. O dziwo w nocy jest całkiem ciepło, jest ok. -2 °C. Mała przekąska, czołówki na głowę i naprzód. Wychodzimy o 1 w nocy, o tej godzinie wyjście jest wskazane, ponieważ śnieg jest zmrożony, przez co idzie się łatwiej i jest mniejsze zagrożenie lawinowe. Ścieżka, którą idziemy gdzieś nam umyka, ale w końcu udaje się ją znaleźć. Dochodzimy do przełęczy, za którą zaczyna się już lodowiec. Dalsza droga prowadzi przez pola śnieżne, potem stromiej w górę w kierunku grani. Wschód słońca jest cudowny, taki można zobaczyć z samolotu albo z wysokich gór. Ta droga się strasznie dłuży, jesteśmy powyżej 5600 m n.p.m., ciężko się oddycha, szybko się męczymy. Po długim podejściu osiągamy grań, tam robimy dłuższy odpoczynek i uzupełniamy węglowodany. Po przerwie zakładamy raki i wyciągamy czekan. Jesteśmy na wysokości  5900 m n.p.m., powietrze jest tutaj bardzo rozrzedzone, na ostatnich metrach będzie stanowić utrudnienie. Ostatni odcinek jest eksponowany więc trzeba szczególnie uważać. Po mozolnym podejściu (ok. 8 godz.) udaje nam się wejść na szczyt Stok Kangri 6153 m n.p.m.!

      

Cel osiągnięty, widoki niesamowite, Himalaje i Karakorum z K2 i Nanga Parbat na czele. Na szczycie sesja zdjęciowa, gdzie eksponowana jest flaga powiatu piskiego, którą dostaliśmy od Pana starosty Andrzeja Nowickiego.

Pora schodzić w dół. Ujemna temperatura odpuszcza, powrót jest nieprzyjemny, ponieważ co chwila zapadamy się w śniegu. W miejscach bezpieczniejszych stosujemy tzw. „dupozjazdy”. Nazwa mówi sama za siebie. Nareszcie nasza baza, teraz można odetchnąć z ulgą. Jeszcze jedną noc spędzamy w Base Camp. Następnego dnia rano bez pośpiechu ruszamy do Changmy, tam rozbijamy namiot na nocleg. To ostatni czas na obcowanie w bezpośredniej bliskości z górami. Po zwinięciu namiotu wracamy do Stok i jedziemy do Leh. Stok Kangri nie jest trudnym technicznie szczytem, jedynie końcowa grań jest nieco trudna ze względu na ekspozycje i nachylenie. Ale tutaj, trzeba brać pod uwagę również inne aspekty, takie jak: pogoda, kondycja, warunki śniegowe i aklimatyzacja! Duża wysokość robi swoje. Te aspekty są głównym powodem porażki wejścia na szczyt. Po świętowaniu ze zdobycia szczytu, resztę czasu spędzamy na zwiedzaniu świątyń buddyjskich, zaliczamy wycieczkę na jedną z najwyżej położonych przejezdnych przełęczy na świecie – Kardung La 5359 m n.p.m.. Po przylocie do Delhi zwiedzamy stolicę, muzeum narodowe i również jedziemy do Agry zwiedzić mauzoleum Tadź Mahal zwane „świątynią miłości”.

14 lipca bezpiecznie wracamy do Polski.

 

Polecam, takie czy inne wyjazdy na własną rękę (niekoniecznie górskie), bez biura, bez przewodnika. Trzeba się odważyć i zrobić ten krok. Czas nie goni, nikt nie goni, jadę gdzie chcę, idę gdzie chcę. Tego typu destynacje są dużo, dużo tańsze i ambitniejsze.

Chciałbym podziękować Pani Irence Dudzin, która wsparła mnie finansowo.

Andrzej Jarząbek

GALERIA

 

„… pamiętaj, na MAS-ie najważniejszy jest długopis …”

 


      To już chyba tradycja majowa, że zbieramy się i jedziemy do Krakowa wziąć udział w corocznym Memoriale Andrzeja Skwirczyńskiego organizowanego przez Klub Wysokogórski w Krakowie. W tym roku wypadło to 27 maja, a że KW Kraków zamówiło piękną pogodę to obiecaliśmy im że ich odwiedzimy ;) Niestety w tym roku skład mieliśmy delikatnie okrojony, ale za to pierwsze „buły” godnie reprezentowały KW Olsztyn ;)

Szalona Baśka                                            Barbara i Darek

MASakra, BAŚKA znowu nie pije!!!            Kasia i Marcin

Bimbrownicy z Warmii stolicy                   Wojciech i Andrzej

Baśka po nalewce                                      Monika i Adam

Orki z Majorki to takie BAŚKI :)                Paulina i Sylwia

     Dojazd na miejsce zajął nieco ponad 6h. Drugi samochód zamknął peleton ok godziny 1:00 w nocy, zatrzymując się w podkrakowskiej ostoi ciszy i spokoju mianowicie u Pani Haliny Gzylowej w Łazach. Jako, że KW Olsztyn nie potrafi inaczej cieszyć się ze wspinania trochę zakłóciliśmy spokój domowników i żółta kartka powędrowała na konto klubu. Całe szczęście tylko na tym się skończyło :) Tęgie głowy obmyśliły taktykę na dzień zawodów przy piwku oraz ogórku i spokojnie można było iść spać.

      W sobotę pobudka około 7:00. No jak mus to mus, kawka śniadanie plus przepakowanie plecaków i można było się instalować do aut i przejechać na miejsce zawodów do doliny Kobylańskiej. MAS 2017 pod dwóch latach został przeniesiony do sąsiedniej doliny, taki tego plus że o Ryśku słuch zaginął i spokojnie można było ładować łapy w klamy :)

      Standardowa odprawa techniczna o 9:30, czyli odebranie pakietów startowych, omówienie regulaminu i krótkie zasady BHP i PPOŻ. O 10:00 można było wyrwać karty startowe ze sznura i gnać w głąb doliny. Tak też się stało po dotarciu do miejsca ustalonego w ściśle tajnej naradzie a mianowicie Skalnego Muru okazało się równie błyskotliwą taktykę obrała połowa MAS-a :) Łokcie w ruch i po chwili znalazły się drogi dla czterech olsztyńskich zespołów  na spokojnie można było załoić sytą „czwóreczkę”. Darek z Basią zostali na skałach w okolicy biura zawodów przy Żabim Koniu, że niby żurek bliżej czy coś takiego. Reszta zespołów zgodnie wymieniała się na drogach w ramach współpracy.

      I jak zawsze czas zniknął miedzy skałami i trzeba było się powoli klarować. 16:00 wybiła a o 17:00 deadline. Cześć została porobić jeszcze po drodze, ja z Kaśką zaczęliśmy schodzić powoli do bazy. Niestety na drodze stanęła n Dwoista Turnia i możliwość dorobienia czegoś do listy. Więc skok w bok dwie drogi dopisane i można było wracać żeby zmieścić się w regulaminowym czasie(bo przecież nikt nie chciał karnych punktów za spóźnienie). Wcześniej minęli nas Andrzej z Wojtkiem, my chwilę za nimi i później reszta Baśkowej ekipy. 

  Karty zdane, żurek zjedzony czas piwo. W międzyczasie Paulina wystartowała w swojej ulubionej konkurencji przechodzenia pod stołem, a reszta jej dzielnie kibicowała (stojąc po piwo w kolejce). Ku ogólnemu zdziwieniu żaden z zespołów z Olsztyna nie stanął na pudle :) ale zgarnęliśmy kilka specjalnych nagród. Przyszedł czas wracać ma kwaterę prywatną do Pani Gzylowej. Tym razem spokojnie w ciszy styrani cieszyliśmy się ciepłym wieczorem i zimnym piwem.

 

      Kolejne dni zapowiadały się równie słonecznie i ciepło więc nie pozostało nam nic innego jak przedłużyć weekend MAS-owy i pozostać na jurze dwa kolejne dni.

 

Kaszubowski Marcin

 

 

Dolina Białej Wody, Tatry, Słowacja. Luty 2017.

 

      Można by opisać wyjazd na Słowację w kilku słowach typu: „zgraliśmy się, spakowaliśmy się i wyjechaliśmy
w Tatry…” Ale klimat, warunki i zadowolenie uczestników z wyjazdu najlepiej oddają dwa krótkie filmy nagrane przez Tomka Taranowicza. Dostępne są w linkach poniżej.

 

 

      Początkowo plan zakładał wyjazd na jeden dzień na lodospady, a następnie powrót na Halę Gąsienicową. O pozostaniu w Dolinie Białej Wody przekonała nas opinia instruktora prowadzącego równoległe szkolenie na lodospadach, który stwierdził że warunki są najlepsze od wielu lat. Dodatkowo baza wypadowa U Słowaka, przy przejściu granicznym Łysa Polana (w której nocowaliśmy), umożliwia sprawną logistykę w przemieszczaniu się „na lekko”, max. 30 minut między bazą a lodospadami.Pogodę mieliśmy słoneczną, z temperaturą delikatnie powyżej zera, więc niestety popołudniu z lodospadów płynęły strumyki.

      Podczas wyjazdu udało nam się powspinać kolejno na: Lodospad na Małej Cisówce, Kaskady, Pierwszy Uśmiech, Lodospad Mrozków. W weekendy te lodospady są mocno oblegane i zdarzało się, że trzeba było stać w kolejce do wspinania. Poruszaliśmy się w dwóch zespołach: Darek, Marcin i Łukasz oraz Tomek i Remek. 

      Pierwszy dzień to prowadzenie na Małej Cisówce Marcina. Tego dnia, późnym popołudniem udało nam się jeszcze poprowadzić „płynący” pierwszy wyciąg Kaskad. Kończyliśmy wspinanie przy czołówkach, z wlewająca się wodą do rękawów.

    

Marcin na prowadzeniu na Cisówkach.

 

        Drugi dzień to zmiana na prowadzeniu na Małej Cisówce. Tym razem Łukasz, a w drugim zespole Tomek. Odczuwalny był weekend w dolinie – po trzy zespoły na jednym wyciągu. Czas mijał przyjemnie na rozmowach z gośćmi z Ukrainy oraz zespołem z Mrągowa. 

    

Lodospad na Małej Cisówce. Z lewej na prowadzeniu Łukasz, z prawej Tomek.

 

Trzeciego dnia Pierwszy Uśmiech poprowadził Darek i Remek, a pozostali po jednym wyciągu na Lodospadzie Mrozków. 

    

Lodospad Pierwszy Uśmiech. Z lewej Remek na prowadzeniu, z prawej Darek.

 

      Nie zrobiliśmy jednak lodospadu Alicja w Krainie Czarów, na który codziennie spoglądaliśmy z respektem. Niestety (ale i na nasze szczęście) w dzień naszego wyjazdu Alicja oberwała się i zniknęła :)

 

Ekipa olsztyńska: Darek Gierszewski, Marcin Kaszubowski, Łukasz Chomicki. 

Ekipa z Deutchland: Tomek Taranowicz, Remek Płuciennik.

 

Łukasz Chomicki

GALERIA

 

Weekend na Jurze, marzec 2017

Po dość długim czasie spędzonym na klubowej ściance, w końcu dane mi było zasmakować wspinania w terenie. Ze strony Moniki i Marcina padła propozycja weekendowego wyjazdu w Tatry (bardziej trekkingowego, niż wspinaczkowego). Następnego dnia dowiaduję się, że „chyba jednak Jura”. Po kilku telefonach odwołujących poprzednie plany weekendowe (dzięki za zrozumienie Grzesiu!) potwierdzam mój udział. Kilka dni później do załogi dołącza jeszcze Sylwia. Jest czwórka, super.

Wycieczka zebrała się w piątek późnym popołudniem. Niestety, sytuacja na drodze (wypadek w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego) znacznie opóźnia nasz dojazd. W schronisku w Łazach meldujemy się dopiero po 2:00, kładziemy spać przed 3:00.

 

Sobota – Grupa Żabiego Konia (Dolina Kobylańska)

 

Pomimo krótkiej nocy zbieramy się dość sprawnie i ruszamy. Pogoda przyzwoita, chociaż jest troszkę chłodno. Na pierwszy ogień idzie Grupa Żabiego Konia. Załoga udziela mi krótkiego instruktarzu i zaczynamy się wspinać. Na początek Monika z Sylwią, ja z Marcinem - później składy ulegną przetasowaniu.  

Nasłuchałem się na ściance o tym, że na Jurze króluje „mydło”. Cóż – jest w tym sporo prawdy, dla początkującego wspinacza (jak ja) jurajski wapień nie jest zbyt łaskawy. Mimo to początkowy „szok” (o ile to dobre słowo) szybko ustępuje, jakoś idzie się oswoić.

Po pewnym czasie spędzonym na Żabim Koniu przechodzimy dalej. Naszym następnym celem jest Mnich. Tu również atakujemy kilka dróg. Pogoda coraz lepsza, z każdą minutą robi się cieplej. Niestety, po kilku godzinach w skałach mała ilość snu i zmęczenie dają o sobie znać. Postanawiamy się zebrać i wracać do schroniska. 

Na miejscu zastaje nas impreza harcerska na stołówce (głośny okrzyk: biwak wstań!), więc po obiedzie postanawiamy się wycofać i resztę wieczoru spędzić w pokoju. Nastrój przedni: dyskusje, żarty, anegdoty, plany na jutro…      

 

  

 

Niedziela – Słoneczne Skały (Dolina Szklarki)

Pogoda troszkę się zepsuła: zimno, chmury. Na szczęście nie pada. Podobno po południu ma się rozpogodzić i ocieplić, wyruszamy zatem trochę później. Naszym celem są Słoneczne Skały. Na początek Połać Skwira. Nastrój bardzo dobry, tylko paluchy drętwieją (gdy wyjeżdżaliśmy termometr wskazywał 1.5 stopnia). Następnie przechodzimy na Ogrodzieniec. Skała ukryta jest w drzewach, więc gdy w końcu postanawiamy przemieścić się dalej, okazuje się, że jest już ciepło i słonecznie. Chcemy przejść na Ostatnią, ale skała jest chwilowo zajęta (kurs). Robimy sobie chwilkę przerwy, podczas której Marcin przechodzi jedną z dróg na Dziewczynce. Niedługo później Ostatnia się zwalnia. Zostajemy tam do zmierzchu. Po powrocie jemy, uzupełniamy płyny i zbieramy siły na następny dzień.

 

  

Poniedziałek – Wzgórze 502 (Dolina Będkowska)

 

Ostatni dzień naszej wyprawy. Pakujemy się i ruszamy na Wzgórze 502. Warunki doskonałe: słoneczna pogoda, większość dróg wolna (w końcu poniedziałek). Sylwia i Marcin zaczynają od Aniołka, ja i Monia od Rekina. Później przeskakujemy na inne ściany. Chcemy jak najlepiej wykorzystać dzień, zanim będzie trzeba wracać. Po drodze dwa „akcenty humorystyczne” (jeden na stanowisku, drugi na klamce bagażnika…) związane z gównianą działalnością Pana Ryszarda… Wspinanie kończymy na Dużym Murze w okolicach 16:00. Zbieramy się, pakujemy do auta i ruszamy do Olsztyna.

 

 

Dziękuję ekipie za zaproszenie i świetną atmosferę w trakcie wyjazdu! 

 

Adam Korpusik

UWAGA!! JEŻELI MACIE ZAMIAR SIĘ WSPINAĆ W DOL. BĘDKOWSKIEJ NA FIALI I WZGÓRZU 502 ZACHOWAJCIE SZCZEGÓLNĄ OSTROŻNOŚĆ. RINGI JAK I STANOWISKA NA KILKU DROGACH SĄ USZKODZONE. JEST TO DZIAŁALNOŚĆ PEWNEGO CZŁOWIEKA. BEZPIECZEŃSTWO PRZEDE WSZYSTKIM.

 

A na koniec filmik z naszych poczynań 

 

 

 

 

Sokoliki 09.2016

Wyjazd w skały... marzyłam o nim od końcówki maja, czyli od zakończenia kursu skałkowego, gdzie z Monią, wspierane przez naszego Guru (czyt. Michała Górzyńskiego) stawiałyśmy dziewicze kroki w prawdziwym wspinaniu. Oczywiście walczyłyśmy dzielnie do ostatniej kropli krwi i potu, mimo ran i siniaków :)

Marzenie właśnie miało się spełnić... w końcu wyjazd w Sokoliki - i co baaardzo dziwne nawet jako jeden z dwudziestu tegorocznych wyjazdów wpasował się w mój grafik z terminem :)

 

02.09.2016 - wyjazd. Po zaciętych negocjacjach udało mi się namówić pozostałą część ekipy, czyli Karolinę, Tomka i Marcina na wyjazd o poranku...  nie było łatwo, bo podobno nikt normalny w dniu urlopu nie wstaje o 6 :) A że wygryzłam pozostałych kierowców, to bardzo szybko, bo po 7 godzinach dotarliśmy do celu :) Trasa minęła błyskawicznie... słyszałam tylko co jakiś czas dziwne głosy dochodzące z tylnej kanapy: "Ty chcesz nas zabić?", "zjedź na prawy pas!", "możemy zatrzymać się na siku?"... nie brałam sobie tego do glowy - chęć bycia już na miejscu była silniejsza :)

Po dotarciu do 9UP-u krótkie przywitalne przytulanko z Agą, przepakowanie plecaków, przewodnik w dłoń i w górę. Przyjemność bycia tam była nie do opisania...

Zasapani dotarliśmy pod nasze Solarium, gdzie - jak sama nazwa wskazuje - mieliśmy się rozgrzać. Krótkie sportowe drógi w celu oswojenia psychiki ze skałą. Nie wiem czy każdy tak ma, ale ja po dłuższym niebyciu i niemacaniu skały mam ograniczone zaufanie do niej... że niby tarcia nie ma, że chwyt za słaby, że wpinka poza zasięgiem... no i oczywiście nie było u boku Michała Górzyńskiego, który by ogarnął wszystko wzrokiem :) Pod skałą oczywiście plotki i ploteczki - w końcu pierwszy raz wyjechaliśmy w takim składzie, więc trzeba było się trochę poznać... Jak to Tomek stwierdził - nie jeden odcinek "Trudnych spraw" możnaby z tego nakręcić :) No i w tych przemiłych okolicznościach przyrody dane nam było podziwiać zachód słońca - ten temat przewijał się przez cały wyjazd - czemu nikt nie rozumie potrzeby napawania się widokiem zachodzącego słońca? Przecież piękny jest... i wycisza i koi... sami zobaczcie :) 

 

Oczywiście nic tak nie motywuje szybkiego tempa zejścia do bazy jak pyszne jedzenie i zimne piwko :)

W nocy dotarła pozostała - weekendowa - część ekipy w składzie: Przemek, Gosieńska i Marcinex. Mieliśmy ogroną ochotę spędzenia tego weekendu w towarzystwie Moni, ale ta niestety została porwana na wysokości Wrocławia :) Mimo nieodpartej pokusy rozwinięcia przed nadjeżdżającą ekipą czerwonego dywanu komitet powitalny padł i nie udało nam się doczekać ich przyjazdu.

 

03.09.2016 - sobota. Pobudka wcześnie rano - wszyscy prawie zgodnie i nieomal bez protestów :) Pożywne śniadanko i cała ekipa pełna zapału rusza na wspin. Pogoda - marzenie. Nasz atak rozpoczynamy od Zipserowej. Przeoraliśmy tą skałę doszczętnie - oczywiście w ramach naszych możliwości :) Nikt nie porywał się na cyfrę sezonu :) Rozwspinaliśmy się i po delikatnych roszadach dobraliśmy się w zespoły. Każdy miał w zanadrzu na coś ochotę, a że przyjechaliśmy tam się niejako spełniać to właśnie to uczyniliśmy. Marcinex z Gosią postanowili... wejść na Czołg... do Czołgu... hmmm... przejechać się tradowo Czołgiem :), Marcin z Przemkiem niszczyli się sportowo na szóstkach na Chatce, a ja z Tomkiem obrałam azymut na Rysę Tota. Uparłam się na nią, bo to był niezrealizowany przez deszcz plan z kursu... Oczywiście oba wyciągi poprowadził Tomek i nawet na moją prośbę założył kilka przelotów zanim doszedł do stanowiska :) Na szczycie  Małego Sokolika niestety nie było nam dane odpocząć w spokoju i napawać się widokiem z góry, bo rój os czy innych bzykadeł skutecznie to uniemożliwiał... aż dziwne że udało się desantować bez opuchniętej od ukąszeń twarzy.

 

   

 

 

Zejście do bazy oczywiście minęło jak zwykle bardzo szybko, bo chyba wszyscy byli głodni i spragnieni :) Wieczór minął nam na miłych pogawędkach :)

 

04.09.2016 - niedziela. Z Marcinexem i Gosią zaplanowaliśmy wczesną pobudkę, śniadanko i zwiedzenie miejscowego kościółka. Po powrocie pakowanko i pod skałę. Znów podzieliliśmy się na grupki: Gosia z Marcinexem postanowili wziąć Żubra za rogi, czyli wstawili się w tradową drogę na Krzywej Turni, Przemek z Tomkiem zaplanowali rozpracować Kurtykówkę na Babie, a ja z Marcinem i Karoliną w roli publiczności obraliśmy za cel Sukiennice. Najpierw wędkowaliśmy na rozgrzewkę na Kancie Sukiennic i na Prawym Biedermanie. Po dość długim oczekiwaniu zwolniła się nasza tradowa Brzózka. Baaardzo przyjemna droga :) Po zjeździe okazało się, że Przemek z Tomkiem też już swoje zrobili z Babą - tzn Baba się im nie dała :) Baby górą :) Stwierdziliśmy, że na dobitkę pójdziemy na Michały. I tu Michał Ledwo Dychał... i my też :) no i zostawiliśmy swoje ślady na wallu Facebooka, co zupełnie zdarło nam opuszki palców. Gosia z Marcinexem w tym czasie zdążyli przystawić się do Brzózki. 

 

 

 

No i niestety nadszedł czas na zejście, bo weekendowa część ekipy musiała wyruszyć w drogę powrotną do Olsztyna. My przygotowaliśmy sobie pyszną kolację i spędziliśmy czas przy gitarce i winku. Wybaczcie, ale nie załączę ścieżki dźwiękowej... uwierzcie, że to dla Waszego dobra :)

 

05.09.2016 - poniedziałek. Przywitał nas rzęsistym deszczem. Całkowity brak sensu wyjścia w skały, bo kałuże w klamach to wątpliwa przyjemność. Stwierdziliśmy, że może uskutecznimy sobie małe zwiedzanko. Padło na Zamek Książ w Wałbrzychu. I nawet Złoty Pociąg udało nam się znaleźć. Może w trochę w innym wydaniu, ale jest. Piękne ogrody  i tarasy w blasku słońca na pewno lepiej by się prezentowały niż w strugach deszczu. Potem ekskluzywny obiad w KFC :) No i zarażeni tematem przez Tomka zdecydowaliśmy się na escape room - tematycznie pokój się nazywał Złoty Pociąg :) Oczywiście po mistrzowsku udalo się opuścić pokój przed czasem. To był mój pierwszy raz i załapałam totalnego bakcyla... niewytłumaczalne to dla mnie, ale emocje nie do opisania :) Wróciliśmy wieczorem więc pozostał tylko 9upowy chilloucik :)

 

 

  

 

06.09.2016 - wtorek. Deszczu brak. Wiaterek na pewno zdążył osuszyć skały, więc wyruszyliśmy obierając tym razem azymut na Jastrzębią Turnię i okoliczne skałki. Zaczęliśmy od Pękniętej Tablicy na Szarej Turni. Potem przenieśliśmy się na Jastrzębią i tu poprowadziliśmy tradzik Drogą Klasyczną i na Główny Wierzchołek. W drodze powrotnej powiesiliśmy wędkę, żeby powspinać się na Płycie Kurczaba i na deser zostawiliśmy sobie Mandalę Życia (oczywiście na wędkę). Byliśmy blisko... trzeba będzie tu wrócić, bo mimo trudności bardzo fajna droga do rozpracowania... i co ciekawsze w trakcie kursu wydawała się być totalną abstrakcją a udało się zrobić 3/4 drogi co oznacza, że chyba jest delikatny progres :)

 

   

07.09.2016 - środa. Pogoda ma się dobrze, w przeciwieństwie do stóp Tomka, które stanowczo odmówiły posłuszeństwa. W okrojonym więc składzie ruszyliśmy więc pod Krzywą Turnię, aby zmierzyć się tradowo z Żubrem. Prowadziłam całą drogę i jak to ze mną bywa - musiałam coś zmajstrować - pomyliłam drogę i weszłam w teren gdzie ni pod górę iść, ni to w dół. Jakoś udało mi się zrobić wycof, ale łątwo nie było. Na szczycie chwila kąpieli słonecznej i desant. Obchodząc skałę stwierdziliśmy, że może by tak pokusić się o coś trudniejszego. No więc pokusiliśmy się na Kurtykówkę (ale tę na Krzywej). Igrając z ambicją Marcina posłałam go sportowo celem założenia wędki. Z delikatnym postękiwaniem i oskarżaniem, że posłałam go na pewną śmierć, ale oczywiście udało się. Przyszła kolej na mnie. Troszkę na niej potańczyłam, poprzebierałam nóżkami, ze dwa razy powisiałam na bloku, ale się udało :)

Czas niestety szybko minął i trzeba było wracać do Olsztyna. Po drodze, zatrzymując się na stacji na tankowanko udało nam się załapać na romantyczny zachód słońca :) Coprawda nie było do tego truskawek i szampana tylko hot-dogi, ale i tak było miło. Po 7 godzinkach dotarliśmy bezpiecznie na miejsce.

 

Z tego miejsca chciałabym całej zacnej ekipie podziękować za sympatycznie spędzony czas, za rozpruty worek z głupimi żartami, za wyluzowaną atmosferę ale i za wsparcie w gorszych chwilach, za doping gdy mięśnie się gotowały i za zwykłe "czy wszystko w porządku" i cierpliwośc gdy coś nie szło. Oby się udało zrobić replay.

 

Wygadana Kryśka